czwartek, 15 maja 2025

Huśtawka

Wyobraź sobie huśtawkę, dowolną. Może widzisz teraz radośnie wznoszące się w powietrze dziecko, a może smętnie wiszące sznurki i targane wiatrem odrapane siedzisko. Ale huśtawka na której posadził mnie mój mózg jest zupełnie inna, pozbawiona przewidywalnego, rytmicznego ruchu. Buja się ona w sposób zupełnie pozbawiony logiki, raz zatrzymując się wbrew grawitacji w górze, by z prędkością światła opaść i pozostawić mnie w najniższym możliwym punkcie na nieokreślony czas.

Będąc w dole odczuwam nagły odpływ wszelkich sił nawet na myśl o umyciu zębów, a do podniesienia się z łóżka motywuje mnie jedynie wizja wypicia kubka kawy. Albo czterech. To jest taki stan, w którym żywię się wyłącznie kawą z mlekiem, ale nie odczuwam głodu, a zamiast tego nieustanne zmęczenie, z którego nie wyzwalają ani kolejne dawki kofeiny, ani drzemki, ani nic innego. Egzystencja jest wtedy bezdennie obezwładniająca - bezproduktywna, pozbawiona nadziei na przyszłość, za to przepełniona bezradnością. Przeszłość nagle przestaje istnieć, teraźniejszość jest bezsensowna i nie prowadzi do żadnej przyszłości.

Aż któregoś dnia budzę się, a przede mną rozpościera się przyszłość - jeszcze trochę mglista, trochę nieokreślona i niejasna, ale ewidentnie tam jest. Za kolejny znak, że coś się zmieniło, uznać można dziwną chęć częstowania się winogronami znalezionymi w lodówce podczas robienia kawy albo to, że wybieram sobie ubrania zamiast włożyć sprane dresy i poplamioną koszulkę. Może nawet odczuwam niespodziewane pragnienie opuszczenia domu, a gdy to robię, uśmiecham się do ekspedientek albo spontanicznie proponuję znajomym spotkanie przy kawie.

Wiem jednak, że żaden z tych stanów nie trwa wiecznie, a huśtawka w sobie tylko znanym momencie znów poniesie mnie w górę lub w dół, ponieważ jest to przypadłość przewlekła. Ważne, żeby mieć obok siebie ludzi, którzy będą umieli cieszyć się ze mną szybowaniem w chmurach, a jednocześnie okażą wsparcie, gdy będę przegrywała walkę z grawitacją. Bo walki z huśtawką przegrać nie zamierzam - mam jeszcze wiele do zrobienia.

niedziela, 16 lutego 2025

książki

 Lubię książki. Ale tak naprawdę, z głębi siebie, darzę je uczuciem porównywalnym do bezwarunkowej miłości. Pierwszą, którą samodzielnie przeczytałam, były przygody misia Paddingtona - wszystko dlatego, że mama absolutnie sprzeciwiła się czytaniu tej historii na głos. Tu nastąpiło pierwsze odrzucenie moich potrzeb, pierwsze "poradź sobie sama", więc przeczytałam. A potem już lawinowo postępowała moja obsesja czytelnicza. Karta biblioteczna wypełnionego do ostatniego miejsca już w podstawówce, tytuły czytelnika roku szkolnego zdobywane niemalże co roku, odkrywanie coraz dłuższych, bardziej rozbudowanych, wielotomowych historii, zatracanie się w świecie fikcji. No właśnie - książki były i wciąż są moją najskuteczniejszą ucieczką od rzeczywistości, wygrywającą nawet z bezmyślnym scrollowaniem instagrama. Czytając uspokajałam się jako kilkulatka, jako nastolatka i wciąż robię to jako dorosła osoba. Hamują płacz, gonitwę myśli, pragnienie śmierci - panaceum, ale tylko do czasu powrotu do rzeczywistości.

poniedziałek, 20 stycznia 2025

kochać

za stara jesteś na cięcie się. za mądra na dragi. zbyt przytomna na rozdrapywanie ran. brak ci odwagi, żeby się upalić. brak towarzystwa, żeby się najebać. za głupia jesteś, by wymyślić inne możliwości. jakiejś możliwości, żeby wyłączyć myśli. żeby przestały się zapętlać, w kółko i w kółko podsuwać scenariusze bez zakończenia. nie wiesz już o co ci chodzi, mózg produkuje sprzeczne informacje. łzy zbierają się w oczach, rozmazany cień piecze. wszystko powinno być oczywiste. przecież jest dobrze, nikt ci nie robi krzywdy. dlaczego to nie jest proste? kochać kogoś znaczy planować wspólną przyszłość, mimo wad, mimo problemów. zgadza się, i co z tego? z każdą chwilą narasta napięcie, niepewność, niepokój. zasnąć i się nie obudzić. to byłoby wyjście idealne, ale niemożliwe. więc co robić?

środa, 1 stycznia 2025

Rozjaśniające

Jeszcze czuła w drapanie w gardle, a w głowie szum, gdy gasiła światło. Z każdym hukiem zza okna wewnętrzne napięcie wzmagało się, choć kolorowe światła fascynowały na tyle, że nie mogła spuścić z nich wzroku. Czerwony, błysk, zielony, różowy, biały, błysk, żółty, znów czerwony, biały, fioletowy, błysk, błysk, błysk...

Dreszcz, czyjeś spojrzenie przeszyło ją na wylot. Obróciła się w przeciwnym kierunku niż zawroty głowy, podparła się dłonią i spod tuszu do rzęs obrzuciła wzrokiem sylwetkę o rażąco jasnej poświacie. Drzwi się zamknęły i znów ciemność rozjaśniały tylko kolorowe rozbłyski. Usiadła na parapecie i czekała. Różowy, niebieski, błysk, błysk, biały, czerwony, błysk... W ciszy słyszała tylko własny oddech i kroki - bliżej i bliżej, bliżej... Ciepło na dłoniach, uderzenie serca i zaraz kolejne i kolejne. Lekko rozmazaną twarz widziała przez ułamki sekund. Ciepłe usta, lepkie od błyszczyku, smakowały wiśnią i niepewnością, ale całowały ją tak ujmująco, że nie przeszło jej przez myśl, żeby przerywać. Talia opięta materiałem sukienki kusiła nieznanym kształtem, a przerywające ciszę westchnięcia zachęcały, by dotykać więcej i więcej. Dłoń o długich paznokciach podwinęła jej koszulkę i muskała gorącą skórę, wywołując jeszcze mocniejsze uderzenia w piersi.

Brzuch pozbawiony osłony sukienki okazał się urzekająco miękki i podatny na czułości. Owocowy zapach wypełniał ją całą, gdy całowała zagłębienie szyi lepkie od potu, brzegi bielizny przybrudzone różową pomadką i brokatowe policzki. Zadrapania na plecach piekły podniecająco, a promieniujące od drugiej osoby ciepło dawało nadzieję.

Rozległy się szybkie kroki na schodach, a zaraz potem pukanie do drzwi.

- Jesteście tam? Chodźcie, rozlewamy resztę szampana!

Siedziały i bawiły się pustymi kieliszkami, czekając aż zamkną się drzwi balkonowe. Wyciągnęła rękę po papierosa - zaciągnęła się mocno, a obserwując dym poczuła zdumiewający brak lęku.

piątek, 13 września 2024

Poalkoholowe

Chusteczka błyskawicznie namokła różowawym płynem, a w powietrzu roznosił się nieprzyjemny zapach fermentowanych owoców.
- Kurwa, Ignacy - gdzieś po peryferiach mojej świadomości ślizgały się głosy osób, które próbowały wytrzeć piwo ze stołu i możliwie ograniczyć szkody. - Przepraszam cię.
Wpatrywałam się w kartkę przypiętą na lodówce, a zdobiący ją rysunek ewoluował w moich oczach z każdą chwilą - serce, symbol nieskończoności, łańcuch DNA, moje inicjały... Nagle poczułam chłód na plecach, dziwnie przeszywający jak na ciepłą letnią noc.
- Ida, idziesz z nami? - zapytała głowa w okularach, wychylając się zza drzwi.
- Siedź - usłyszałam niespodziewanie stanowczy ton i poczułam na swoim ramieniu dłoń, gdy chwiejnie podniosłam się z krzesła.
- Siadam...
Drzwi się zamknęły, a na stole pojawiło się pół talii kart. Przez kilka minut obserwowałam ich czerwone rewersy przemieszczające się w koło. Rozświetlona czerwoność jednak była dla mojej rozchwianej świadomości jedynie tłem dla szczupłych kobiecych dłoni tasujących i rozdających karty. Głosy graczy wydawały mi się dochodzić zza bardzo gęstej mgły, ale był to dość przyjemny efekt. Podjęłam kolejną próbę chwiejnej zmiany pozycji, a oczy wszystkich obecnych osób zwróciły się w moją stronę, jakby samym wzrokiem chcieli mnie uchronić od upadku.
- Chyba pójdę spać - powiedziałam cicho i zrobiłam kilka kroków przez pokój, odprowadzana czujnymi spojrzeniami, a następnie w częściowo kontrolowany sposób położyłam się na kanapie i nakryłam beżowym skrawkiem, który wydawał mi się kocem.
Mimo uczucia bezbrzeżnego zmęczenia i względnie sprzyjających warunków zewnętrznych w postaci przygaszonego świata, niezbyt głośnej rozmowy w pobliżu i komfortu cieplnego nie byłam w stanie zapaść w sen przez długi czas. Dryfowałam na granicy snu, a trwając w bezruchu zaczęłam mimowolnie rejestrować sens rozmowy prowadzonej przy stole.
- Kto rozdawał te karty? Ja mówię pas - głośniej niż wcześniej odezwała się Pati i parsknęła śmiechem. Chyba ona rozdawała.
Rozegrali rundę, co chwilę z udawanym oburzeniem obwiniając się nawzajem o słabe rozdanie.
Przez chwilę w ciszy słyszałam tylko szelest towarzyszący nieumiejętnemu tasowaniu kart, a następnie czyjąś prośbę o następnego drinka.
- Mam takie pytanie... - ledwo słyszalny głos należał do Ignacego. - Bo ty ją lepiej znasz, ona tak często?
Stuknięcie szklanki o stół, rozdawanie kart, bzyczenie muchy - każdy dźwięk w tej chwili ciszy wydawał mi się nieznośny i potencjalnie zagłuszający odpowiedź.
- W zasadzie wcale jej nie znam - Brat również ściszył głos.
- Chyba nie powinieneś jej oceniać, skoro widujesz ją tylko w okolicznościach, w których wszyscy pijemy - Pati mówiła z poalkoholową nonszalancją, a jednocześnie w charakterystyczny dla siebie nieznoszący sprzeciwu sposób. - Równie dobrze mógłbyś teraz pytać, czy ja jestem alkoholiczką.
- No niby tak... Ale jak ją ostatnio widziałem, to całowała moją byłą.
- Też bym całowała twoją byłą - stwierdziła Pati. - Gram swoje.
Ignacy mruknął coś w odpowiedzi, ale w tej samej chwili w domku rozległo się szczęknięcie drzwi i kilka nowych głosów. Przez chwilę słychać było szepty i szuranie butów i krzeseł, a potem poczułam nagłe zimno. Ktoś mnie odkrył. Otworzyłam oczy, zaraz jednak oślepiło mnie światło znad stołu.
- Spokojnie, dam ci koc - Brat nakrył mnie przyjemnym w dotyku, choć przesiąkniętym zapachem ogniska materiałem. - W porządku?
Potwierdziłam i usnęłam. Przez całą noc we śnie nawiedzały mnie różne szczupłe, jasnowłose dziewczyny zanurzone w świetlistej aurze. Obudziłam się trzeźwa, ale moje oczy były zapuchnięte od płaczu.

sobota, 24 sierpnia 2019

Wyzysk klasy robotniczej

Słońce zachodziło za sąsiedni blok, zostawiając tylko różowofioletową poświatę na wieczornym niebie. Zapach rozgrzanego asfaltu mieszał się z kurzem i krzykami ganiających się po placu zabaw dzieciaków. Westchnęłam i ciężko wstałam ze skraju chodnika zaczęłam czuć jak marzną mi nerki. Weszłam do klatki B i, zostawiając za sobą tamten beztroski moment, wspięłam się po schodach do mieszkania na czwartym piętrze.
Kupiliśmy je, biorąc olbrzymi kredyt, bo było ostatnie w tej dość dobrej lokalizacji, nie aż tak drogie i w dodatku w bloku z windą. Cóż z tego, skoro i tak by dojechać do pracy w centrum trzeba było wstawać jeszcze przed świtem, a windę zazwyczaj zdobiła biała kartka ze zdaniem NIECZYNNE Z POWODU AWARII.
Z nawyku wytupałam buty na wycieraczce i nacisnęłam klamkę ‒ drzwi ustąpiły z lekkim skrzypieniem. Już w przedpokoju śmierdziało przypalonym jajkiem i spoconym obuwiem. Kolanem zamknęłam szafkę, przekręciłam klucz w zamku i zgasiłam zupełnie niepotrzebnie świecącą pod sufitem żarówkę. W kuchni otworzyłam okno, by wywietrzyć jeszcze silniejszy zapach spalenizny i nastawiłam wodę w czajniku.
Drzwi pokoju naprzeciw otworzyły się z impetem i stanęła w nich moja córka.
Nie zakluczyłaś drzwi, zostawiłaś światła i znów przypaliłaś patelnię ‒ powiedziałam. ‒ Chcesz herbatę?
Czepiasz się ‒ warknęła. ‒ Gdzie tata?
Nadgodziny.
Dziewczyna nie była złym dzieckiem ‒ charakternym, w trudnym wieku, ale naprawdę dobrym. Sama nie wiem jak zachowywałabym się na jej miejscu. Mój ojciec był marynarzem, pływał w PLO i przez większość mojego dzieciństwa nie było go w domu, ale niczego innego mi nie brakowało. Jako przedszkolak dostawałam czekoladę, nieosiągalną wtedy w Polsce, gdy poszłam do szkoły jako jedyna miałam kolorowy piórnik z bohaterem kreskówki, a jako nastolatka nosiłam obiekt największego pożądania rówieśników ‒ oryginalne jeansy.
Natomiast ojciec młodej wracał codziennie z pracy do domu, ale, poza opłaconymi rachunkami i ratami kredytu oraz w miarę zbilansowaną dietą, ze swojej pensji nie mógł zapewnić rodzinie niczego więcej. Zresztą z tym wracaniem to też bardziej umownie, bo często zostawał po godzinach i w mieszkaniu pojawiał się zbyt późno by potowarzyszyć dziecku choćby podczas jedzenia kolacji. Zwykle całował ją tylko w czoło i wysyłał do łóżka, zbyt już zmęczony by wysłuchać historii o tym, że w szkole wystawiają sztukę Shakespeara, a córka gra główną rolę.
Gdy grali Romeo i Julię ja poszłam obejrzeć, wzruszyłam się oglądając na scenie własne dziecko, a gdy kurtyna opadła po raz ostatni poszłam pogratulować. Mała spojrzała na mnie wtedy ze łzami w oczach i zapytała:
Czemu nie tata?
Zawsze pytała o tatę. On zawsze, kiedy wracał, pytał o jedzenie. A ja pytałam, choć tylko siebie samą, czy tak ma wyglądać życie.

sobota, 13 lipca 2019

Nie widząc

Obudziłam się. Jeszcze nie nastał poranek – nie było słychać żadnego dźwięku, nie śpiewały ptaki, dzieci sąsiada nie odbijały piłki od chodnika.
Na moim ramieniu spoczęła ciepła dłoń. Zwróciłam twarz w jej stronę, poczułam mokry oddech na policzku. Był nierówny, urywany, przyspieszony, nieśpiący. Przylgnęłam do drugiego ciała. Równie rozgrzanego, równie pewnego i niepewnego jednocześnie. Swoją piersią odbierałam bicie nieswojego serca. Moja dłoń pociła się, gdy dotykała ciepłej skóry szczupłego uda. Zadrżałam, gdy równie szczupłe ramię wsunęło się pod cienki materiał koszulki i przyciągnęło mnie do siebie w ciemności. Nigdy wcześniej nie byłam z nikim tak blisko. Nierozsądnie blisko.
Z tym drugim człowiekiem wszystko było bardziej intensywne. Bardziej lepkie i słodkie, bardziej gorące, równocześnie bardziej szybkie i wolne. Bardziej emocjonalne. Bliższe.
Wiedziałam, że było ciemno ale czułam otaczające mnie ciepłe światło. Jak w raju.

czytaj więcej

Huśtawka

Wyobraź sobie huśtawkę, dowolną. Może widzisz teraz radośnie wznoszące się w powietrze dziecko, a może smętnie wiszące sznurki i targane wia...