Lubię książki. Ale tak naprawdę, z głębi siebie, darzę je uczuciem porównywalnym do bezwarunkowej miłości. Pierwszą, którą samodzielnie przeczytałam, były przygody misia Paddingtona - wszystko dlatego, że mama absolutnie sprzeciwiła się czytaniu tej historii na głos. Tu nastąpiło pierwsze odrzucenie moich potrzeb, pierwsze "poradź sobie sama", więc przeczytałam. A potem już lawinowo postępowała moja obsesja czytelnicza. Karta biblioteczna wypełnionego do ostatniego miejsca już w podstawówce, tytuły czytelnika roku szkolnego zdobywane niemalże co roku, odkrywanie coraz dłuższych, bardziej rozbudowanych, wielotomowych historii, zatracanie się w świecie fikcji. No właśnie - książki były i wciąż są moją najskuteczniejszą ucieczką od rzeczywistości, wygrywającą nawet z bezmyślnym scrollowaniem instagrama. Czytając uspokajałam się jako kilkulatka, jako nastolatka i wciąż robię to jako dorosła osoba. Hamują płacz, gonitwę myśli, pragnienie śmierci - panaceum, ale tylko do czasu powrotu do rzeczywistości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz